Szwarc, mydło i powidło – czyli dlaczego jest tak, jak jest.

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy od początku wiedzieli co chcą robić w życiu. Ja nie wiedziałam. Byłam utalentowana w różnych dziedzinach, ale nigdy nie mogłam się wybić w tej jednej, jedynej. Malowałam, śpiewałam, organizowałam przedstawienia, brałam udział w warsztatach aktorskich, czasem napisałam coś dobrego. Mówili, że jestem zdolna, ale leniwa. Nikt mnie nie zapisał na naukę tenisa w wieku 6 lat, nie wysyłał na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, więc sama krok po kroku eksperymentowałam co lubię robić. Długo marzyłam o psychologii, ale się rozczarowałam. Potem poszłam na kierunek, który mi się po prostu przyśnił (dacie wiarę?!). Rozważałam jeszcze historię sztuki, ale padło na kulturoznawstwo. Nie miałam większej pasji. To, czym się zajmowałam, to robienie „czegoś” z niczego, co do tej pory przejawia się we wszystkich moich działaniach. Pasja pojawiła się, gdy musiałam się skonfrontować ze swoim życiem. Postawiłam więc na długoterminowy związek ze wszystkim, co wiązało się z kulinariami. Jak mi szło? Pieczenie nieźle, ale zdjęcia? Jej. Nie opowiadałam Wam pewnie, że kupiłam sobie lustrzankę przez chłopaka, który złamał mi serce. On kochał fotografię, więc stwierdziłam, że „mu pokażę”. Tak mu pokazałam, że przez kilka lat obsługiwałam ją na „auto”, bo takie miałam pojęcie o fotografii. 😉

szwarc, mydło i powidło

Zostałam zainspirowana do napisania tego tekstu przez jedną z osób, która wypełniła ankietę odnośnie Sweet Shopu. To osoba, która mnie zna, ale ja za to nadal nie wiem, kto napisał to, co napisał. Mianowicie na Sweet Spoonie panuje „szwarc, mydło i powidło”. Pierwsza moja myśl – „Matko, niedobrze.” Potem trawiłam to i trawiłam, nawet nagrałam vloga na ten temat (ale go nie opublikuję, bo za bardzo machałam rękami i piłam whisky, więc wiecie). A potem sobie pomyślałam, że przecież o oto mi w życiu chodzi – umieć przyjmować to, że nie wszystko w moim życiu musi być doskonałe! Wow, eureka. Założyłam Sweet Spoona dawno temu, kiedy zmagałam się z zaburzeniami depresyjnymi (do tej pory się z nimi zmagam). Żeby mieć coś swojego, żeby mieć do czego dążyć. Nazwa? Dziś pewnie wymyśliłabym inną, ale wtedy dla mnie to była kwestia życia – było mi wszystko jedno, byleby ruszyć z miejsca. Nie umiałam robić zdjęć, nie miałam tych wszystkich propsów kuchennych, które mam dzisiaj, statywu, blendy i innych takich. Ja po prostu chciałam działać. Taka była moja droga. I ja cały czas jestem w drodze! I już wiem, że to jest ekstra 🙂

Tak, na Sweet Spoonie są różne treści, o czym informowałam Was jakiś czas temu, ponieważ wiem, że mam więcej do powiedzenia, niż kolejny przepis na czekoladowe ciasto (choć przecież uwielbiam każde!). Mogłabym założyć nowego bloga, zmienić nazwę, cokolwiek. Ale zbudowałam to co mam sama. I bardzo to sobie cenię, nawet jeśli jest tutaj szwarc, mydło i powidło. Nie polemizuję z tym, bo to prawda. Kiedyś byłam bardzo krytyczna wobec działań innych, jeśli odbiegały od perfekcji. Ba! Ja nawet ostatnio przyłapałam się na tym, że krytycznie patrzę na te wszystkie osoby, które dopiero co zaczynają coś tworzyć w sieci – bo to jest brzydkie, bo bez gustu, bez polotu, dla początkujących, itd. Ale potem sobie przypominam, że ja też kiedyś zaczynałam, że popełniałam błędy i inni też mają do tego prawo. Mają prawo się uczyć i zdobywać nowe doświadczenia. I nigdy nie wiadomo jak daleko zajdą. Ja przecież też cały czas się rozwijam i zmieniam. Dlatego mam w sobie już dużo więcej miłości niż kiedyś. I daję sobie prawo do tego, że moje miejsce w Internecie nie musi być idealne, w pełni przemyślane marketingowo i komunikacyjnie. Jeśli tu wpadasz, to wierzę, że widzisz w tym większą wartość. I dziękuję Ci za to. Dlatego nadal tu jestem.

2 Comments

  1. Początki nie były tak bardzo pociągające, jak się spodziewałam. A poza tym, chyba nie byłam wtedy dojrzała do takich studiów 🙂

Dodaj komentarz

Czy widziałeś już
Sweet Shopa?